Wednesday, 29 July 2015

Marine Stripes.

 
Życie w "kurorcie". Tak naprawdę niewielu z nas zastanawia się jak ono wygląda. Mnie osobiście co jakiś czas nachodzą refleksje na ten temat. I moment na kolejną nadszedł właśnie dziś :)
Zapewne wielu/wiele z Was może mi zazdrościć, że mieszkam w Gdyni - nad morzem, które mam dosłownie na wyciągnięcie ręki, że mam 5 minut piechotą do plaży, że nawet jeśli nigdzie bym w wakacje nie wyjechała, to i tak praktycznie będę miała wczasy na miejscu. Otóż zadziwię Was: nie do końca tak jest. Żyjąc, mieszkając od urodzenia w takim miejscu, ono tak naprawdę "powszednieje". A może i nigdy nie jest do końca wyjątkowe. Okej, może słowo "wyjątkowe" to złe określenie, bo dla mnie moje miasto rodzinne zawsze takie właśnie będzie. Chodzi mi o to, że to morze, plaża, nie jest niczym szczególnym, na co bym mogła czekać przez cały rok. Wręcz przeciwnie - do zeszłego roku za morzem nie przepadałam. Niemalże zawsze odnosiłam wrażenie, iż ono w pewien sposób ogranicza, do tego za bardzo przypominało mi o górach, za którymi tak bardzo przez cały rok - oprócz dwóch tygodni, które w nich spędzam - tęsknię. Na plaży bywałam tylko wtedy, gdy odwiedzała mnie rodzina na co dzień mieszkająca w innych częściach naszego kraju. I w dodatku też niechętnie.
Rok temu coś się jednak we mnie przestawiło, nieco zmieniłam nastawienie, a mianowicie - polubiłam morze. W a może od zawsze je kochałam, lecz usiłowałam nie dopuścić tego faktu do świadomości? Nawet tego lata dobrowolnie, z własnej, przez nikogo nieprzymuszonej woli, udałam się na plażę :D I choć był to jeden jedyny raz, na początku lipca, to i tak jest to w moim przypadku ogromny sukces.
Do czego zmierzam? Otóż czasami, przechadzając się po mieście, spacerując po bulwarze czy innych charakterystycznych punktach mojego miasta, staram się spojrzeć na nie oczami turysty. I choć kocham Gdynię z całego serca, zawsze, to dopiero wtedy dociera do mnie, iż doceniam ją tylko nieświadomie. A jej piękno powinnam podziwiać każdego dnia, w każdej chwili, na nowo! Tak też od dziś zamierzam czynić, równocześnie radząc Wam również zachwycić się miejscem, z którego pochodzicie. Bo choć może nie być tam morza, jeziora, lasu czy gór, może otaczają Was ogromne, betonowe, masywne bloki albo mieszkacie na wsi, której nie znosicie i z której za wszelką cenę pragniecie się "wyrwać"... - d o c e ń c i e. Zacznijcie w końcu doceniać miejsce, które wydało Was na świat, gdyż na pewno jest w nim coś szczególnego, wyjątkowego, niepowtarzalnego! A jeśli je opuścicie - gwarantuję, że ostatecznie zatęsknicie. A jeżeli już od dawna je doceniacie - chwała Wam za to :) i oczywiście pochwalcie się pięknem Waszej okolicy w komentarzu! I róbcie to na każdym kroku. Jak ja, która staram się co jakiś czas pokazać Wam ciekawsze miejsca na wybrzeżu właśnie tutaj, na blogu.
 
Trzymajcie się ciepło :))
 

ph. Radek Radziejewski (Radradzi)
 
| Facebook | Lookbook | Instagram |

Sunday, 26 July 2015

Aquamarine Total Look.

 
Witajcie, Kochani!
To już moje trzecie imieniny, które obchodzę, posiadając bloga oraz trzecie, które spędzam za granicą (w tym drugie, gdzie podróż jest/będzie opisana na blogu :D w tym miejscu odsyłam Was do posta z Fuerteventury sprzed dwóch lat :) ach.. jak ten czas leci! choć akurat w tym przypadku byłam przekonana, iż upłynęło go więcej :P). Dzisiaj piszę do Was ze względu na mój wyjazd do Stanów z mniej-więcej dwutygodniowym wyprzedzeniem, a zaplanowany post pojawi się właśnie 26 lipca, jeśli blogger mnie nie zawiedzie. Oczywiście wszystko, tak jak obiecałam kilka tygodni temu, opiszę, opowiem i wytłumaczę zaraz po powrocie, zakładając, że doleciałam szczęśliwie, samolot nigdzie się nie rozbił, a moje zwłoki nie dryfują gdzieś w bezkresie Atlantyku. Ach, ten mój czarny humor. Wracając do meritum - miejmy nadzieję, że właśnie ja, Polka z krwi i kości, paraduję sobie po terytorium USA. No no, moje imieniny co kilka lat robią się coraz bardziej światowe! Rok 2008 - jednodniowa wycieczka na Litwę (do Wilna i Trok) z rodzicami i przypadkowym 50-ciorgiem ludzi towarzyszących nam w autokarze. Dla tych, którzy nie śledzą mnie od początku (btw, ktoś z Was w ogóle pamięta tamten post? :D) - rok 2013, dwa tygodnie na Wyspach Kanaryjskich z moją przyjaciółką u znajomej jej rodziców. No i teraz - 2015 rok, Stany Zjednoczone. Sama wciąż temu nie dowierzam. Tygodniowy pobyt u rodziny polskiego pochodzenia oraz tydzień na Washington Business Week; więcej na chwilę obecną Wam nie zdradzę, wybaczcie (ehh, chyba zgłoszę się po złoty medal dla mistrzyni suspensu.. co tam złoty, dlamentowy!).  Aż trudno przewidzieć, co spotka mnie za trzy lata? Może dzikie spotkanie z lwem w środku puszczy afrykańskiej? (Lew? w puszczy? cóż, ze mną wszystko jest możliwe), choć preferowałabym żyrafę. A może wyprawa na Antarktydę bądź też Mount Everest? Zaryzykowałabym nawet przepowiednię, iż wyląduję na Wenus, jednakże biorąc pod uwagę fakt, jak nieprzewidywalne rzeczy dzieją się ostatnio w moim życiu, pozwolę sobie powstrzymać się od tej hipotezy.
 
Tymczasem abstrahując, bo jak zwykle ponoszą mnie już nie do końca rozumiane przez innym wodze wyobraźni i fantazji: ŻYCZĘ mym imienniczkom, to jest WSZYSTKIM DZIEWCZĘTOM I KOBIETOM o jakże przepięknym imieniu Ania (=Anna, Anusia, Aneczka, Anka, Andzia, Anulka - niepotrzebne skreślić) w s z y s t k i e g o, co  najlepsze! :))
 

ph. Anita Szczepankiewicz
 
| Facebook | Lookbook | Instagram |