Saturday, 3 October 2015

Polishgirl in the USA #7: Unforgetable Culinary Journey!

Niedziela, 19 lipca
 
Pierwszy posiłek w Stanach, niezwykle smakowity początek moich kulinarnych wojaży! Zabawne jest to, że było to jedno z zaledwie dwóch dań przygotowanych przez panią Wendy, u której mieszkałam, jakiego miałam okazję spróbować. Razem z panem Zbyszkiem postanowili bowiem, ku mojej ogromnej uciesze, dać mi szansę skosztować kuchni z całego świata! Przed wylotem tak się obawiałam, iż skazana będę na niezdrową żywność, a tu taka miła niespodzianka! :)
Śniadania również były cudowne, niestety nie mam jednak zdjęć :/ Ale zapewniam Wam, iż pancakesy pani Wendy, jak i wiele innych potraw, były naprawdę wspaniałe. "Niebo w gębie"!
 

Poniedziałek, 20 lipca
 
Siedziba Microsoftu w Redmond. Znajduje się tu wiele różnych knajpek, my zdecydowaliśmy się na hinduską, bo to właśnie ją polecił pan Kacper, który tam pracuje. Nawet nie wiecie jak dobrze, że mu zaufaliśmy! Choć co prawda było to chyba najostrzejsze danie, jakie kiedykolwiek jadłam (ale tylko te beżowe kuleczki :P), to właśnie tu obdarzyłam kuchnię azjatycką zauroczeniem. Bo prawdziwa miłość przyszła kilka dni później...


Danie powyżej jadłam na lunch. Jedną z wad amerykańskiego sposobu odżywiania (a przynajmniej ja to uważam za minus) jest spożywanie największego posiłku na noc/na kolację. Ale dla takiej kuchni meksykańskiej warto nagiąć moje "polskie zasady" :D Choć kuchnia ta jest dość specyficzna, moim zdaniem "mokra"... to akurat tutaj bardzo mi smakowała. Na dodatkową korzyść przemawia fakt, że okazję spróbować jej w prawdziwej meksykańskiej restauracji, a nie tanim, słabym barze, jakich zapewne wiele zarówno w Polsce, jak i USA. W związku z powyższym uniknęłam zrażenia się do niej, za to wyrobiłam w sobie pewną "wybredność", która ujawniła się właśnie po powrocie do Europy, podczas wakacyjnego wyjazdu z rodzicami. :P
 


Wtorek, 21 lipca
 
Małże... Powiem Wam, iż było to najdziwniejsze kulinarne doświadczenie w moim życiu. Gdy dowiedziałam się, że w Tillicum Village w Seattle będzie szansa ich spróbować, obiecałam sobie skorzystać z okazji. No cóż... W pierwszej chwili wydają się one naprawdę całkiem dobre! Z każdą chwilą jest jednak coraz gorzej... A dziwny posmak narasta tym bardziej, gdy już skończycie je jeść. I wciąż narastał, przez chyba pół godziny...


...aż do posmakowania tego oto łososia! On zrekompensował wszystko... Najlepszy łosoś, jakiego kiedykolwiek jadłam, najsmaczniej przyrządzony! A dodatki do niego, m.in. chleb wg indiańskiej receptury - przepyszne!


Nigdy wcześniej nie miałam okazji spróbować tego typu pizzy, chociaż wielokrotnie się do tego zabierałam. Zawsze jednak kończyłam na hawajskiej, hahah. Lecz w końcu musi być ten pierwszy raz! A jeszcze w tak uroczym miejscu - tym bardziej miłe doświadczenie! na przystawkę przepyszna sałatka (jak wszystko, co miałam okazję tam zjeść - tak więc wybaczcie mi moją monotematyczność).


Środa, 22 lipca
 
Sałatka ceasar w ramach szybkiego lunchu w Muzeum Lotnictwa :)


A po południu obiad z panią Wendy w niezwykle klimatycznej restauracji niedaleko Broadway'u w Seattle. Warta odwiedzenia, chociażby ze względu na przesympatyczną obsługę! Jakby ktoś z Wam całkowicie przypadkiem znalazł się w okolicy - zdecydowanie polecam! :P


Czwartek, 23 lipca
 
W Gdyni mam swoją ulubioną naleśnikarnią, a w niej moje ulubione naleśnikowe spaghetti, któremu nic nigdy nie dorówna, lecz te naleśniki... Wow. Po dziś dzień pamiętam ich smak, który był naprawdę oryginalny, niepowtarzalny, niesamowity!


 
Wieczór tego samego dnia. Port Angeles. Restauracja Bella Italia - miejsce pierwszej randki Belli oraz Edwarda w "Zmierzchu"! Nie wypadało nie skorzstać z okazji i nie spróbować dania, którego bohaterka filmu tam jadła, czyli Mushroom Ravioli. Tak więc, oto i ono!


Piątek, 24 lipca
 
Ten dzień zapamiętam już chyba na zawsze... To wtedy narodziła się moja wielka miłość... do kuchni tajskiej! Przysięgam, ta wersja Pad Thai w Bellevue było najlepszym daniem, jakie w życiu jadłam. Za każdym razem, gdy patrzę na poniższe zdjęcie, mam ochotę wsiąść w samolot tylko po to, by udać się do Wild Ginger Asian Restaurant... A Red Curry w Buddha Lounge we Wrocławiu jedynie pogłębiło to uczucie! Dziwne pozostaje dla mnie jedynie to, iż danie, które w karcie menu oznaczone było jako jedne z najostrzejszych, w moim odczuciu było łagodne, natomiast dla mojej Mamy wręcz przeciwne - dosłownie wypalało jej kubki smakowe, hahah. A to w Stanach również wydawało mi się bardzo delikatne. Ten kurczak jednak wygrał wszystko...



Sobota, 25 lipca
 
Ponownie smaki meksykańskie. Tym razem wybór padł na tortillę. Poprzednia wersja tej kuchni bardziej mi odpowiadała, może dlatego iż wtedy byliśmy w restauracji, a tutaj w takim, nazwijmy to, barze.
 


Piątek, 31 lipca
 
Bankiet kończący Business Week. Skomentuję to krótko: mniaaaam! Po tygodniu usilnego starania się unikać niezdrowej żywności lub ograniczania jej do minimum (frytki na śniadanie naprawdę nie były szczytem moich marzeń...), taka uczta przeobraziła się w raj dla mego podniebienia! :)

 
Sobota, 1 sierpnia
 
Jak przystało na pobyt w Stanach Zjednoczonych, przedostatniego dnia musiałam skusić się na jakiegoś fast fooda :D A mówiąc całkiem poważnie, jak wiecie z wcześniejszych postów - ten dość intensywny, tak więc zrobiliśmy sobie jedynie krótką przerwę na przekąskę pod Mount Rainier.
 
 
ph. Anna Jakubek (me)

8 comments:

  1. Chicken Cesar Salad uwieliam . W NJ jest restauracja The Cabin i tam maja najlpesza :)

    ReplyDelete
  2. Narobiłaś mi smaka tymi daniami! :D

    Poklikasz w bannery na pasku bocznym bloga?
    http://justdaaria.blogspot.com/

    ReplyDelete
  3. Mniam, ale smakowicie to wszystko wygląda!

    ReplyDelete
  4. Everything looks delicious!

    Please click on the link on my post
    http://helderschicplace.blogspot.com/2015/10/sweater-time.html

    ReplyDelete
  5. Ale smakołyki! Pycha! :) Pozdrawiam! :)

    ReplyDelete