Showing posts with label Travels: Abroad. Show all posts
Showing posts with label Travels: Abroad. Show all posts

Saturday, 3 October 2015

Polishgirl in the USA #7: Unforgetable Culinary Journey!

Niedziela, 19 lipca
 
Pierwszy posiłek w Stanach, niezwykle smakowity początek moich kulinarnych wojaży! Zabawne jest to, że było to jedno z zaledwie dwóch dań przygotowanych przez panią Wendy, u której mieszkałam, jakiego miałam okazję spróbować. Razem z panem Zbyszkiem postanowili bowiem, ku mojej ogromnej uciesze, dać mi szansę skosztować kuchni z całego świata! Przed wylotem tak się obawiałam, iż skazana będę na niezdrową żywność, a tu taka miła niespodzianka! :)
Śniadania również były cudowne, niestety nie mam jednak zdjęć :/ Ale zapewniam Wam, iż pancakesy pani Wendy, jak i wiele innych potraw, były naprawdę wspaniałe. "Niebo w gębie"!
 

Poniedziałek, 20 lipca
 
Siedziba Microsoftu w Redmond. Znajduje się tu wiele różnych knajpek, my zdecydowaliśmy się na hinduską, bo to właśnie ją polecił pan Kacper, który tam pracuje. Nawet nie wiecie jak dobrze, że mu zaufaliśmy! Choć co prawda było to chyba najostrzejsze danie, jakie kiedykolwiek jadłam (ale tylko te beżowe kuleczki :P), to właśnie tu obdarzyłam kuchnię azjatycką zauroczeniem. Bo prawdziwa miłość przyszła kilka dni później...


Danie powyżej jadłam na lunch. Jedną z wad amerykańskiego sposobu odżywiania (a przynajmniej ja to uważam za minus) jest spożywanie największego posiłku na noc/na kolację. Ale dla takiej kuchni meksykańskiej warto nagiąć moje "polskie zasady" :D Choć kuchnia ta jest dość specyficzna, moim zdaniem "mokra"... to akurat tutaj bardzo mi smakowała. Na dodatkową korzyść przemawia fakt, że okazję spróbować jej w prawdziwej meksykańskiej restauracji, a nie tanim, słabym barze, jakich zapewne wiele zarówno w Polsce, jak i USA. W związku z powyższym uniknęłam zrażenia się do niej, za to wyrobiłam w sobie pewną "wybredność", która ujawniła się właśnie po powrocie do Europy, podczas wakacyjnego wyjazdu z rodzicami. :P
 


Wtorek, 21 lipca
 
Małże... Powiem Wam, iż było to najdziwniejsze kulinarne doświadczenie w moim życiu. Gdy dowiedziałam się, że w Tillicum Village w Seattle będzie szansa ich spróbować, obiecałam sobie skorzystać z okazji. No cóż... W pierwszej chwili wydają się one naprawdę całkiem dobre! Z każdą chwilą jest jednak coraz gorzej... A dziwny posmak narasta tym bardziej, gdy już skończycie je jeść. I wciąż narastał, przez chyba pół godziny...


...aż do posmakowania tego oto łososia! On zrekompensował wszystko... Najlepszy łosoś, jakiego kiedykolwiek jadłam, najsmaczniej przyrządzony! A dodatki do niego, m.in. chleb wg indiańskiej receptury - przepyszne!


Nigdy wcześniej nie miałam okazji spróbować tego typu pizzy, chociaż wielokrotnie się do tego zabierałam. Zawsze jednak kończyłam na hawajskiej, hahah. Lecz w końcu musi być ten pierwszy raz! A jeszcze w tak uroczym miejscu - tym bardziej miłe doświadczenie! na przystawkę przepyszna sałatka (jak wszystko, co miałam okazję tam zjeść - tak więc wybaczcie mi moją monotematyczność).


Środa, 22 lipca
 
Sałatka ceasar w ramach szybkiego lunchu w Muzeum Lotnictwa :)


A po południu obiad z panią Wendy w niezwykle klimatycznej restauracji niedaleko Broadway'u w Seattle. Warta odwiedzenia, chociażby ze względu na przesympatyczną obsługę! Jakby ktoś z Wam całkowicie przypadkiem znalazł się w okolicy - zdecydowanie polecam! :P


Czwartek, 23 lipca
 
W Gdyni mam swoją ulubioną naleśnikarnią, a w niej moje ulubione naleśnikowe spaghetti, któremu nic nigdy nie dorówna, lecz te naleśniki... Wow. Po dziś dzień pamiętam ich smak, który był naprawdę oryginalny, niepowtarzalny, niesamowity!


 
Wieczór tego samego dnia. Port Angeles. Restauracja Bella Italia - miejsce pierwszej randki Belli oraz Edwarda w "Zmierzchu"! Nie wypadało nie skorzstać z okazji i nie spróbować dania, którego bohaterka filmu tam jadła, czyli Mushroom Ravioli. Tak więc, oto i ono!


Piątek, 24 lipca
 
Ten dzień zapamiętam już chyba na zawsze... To wtedy narodziła się moja wielka miłość... do kuchni tajskiej! Przysięgam, ta wersja Pad Thai w Bellevue było najlepszym daniem, jakie w życiu jadłam. Za każdym razem, gdy patrzę na poniższe zdjęcie, mam ochotę wsiąść w samolot tylko po to, by udać się do Wild Ginger Asian Restaurant... A Red Curry w Buddha Lounge we Wrocławiu jedynie pogłębiło to uczucie! Dziwne pozostaje dla mnie jedynie to, iż danie, które w karcie menu oznaczone było jako jedne z najostrzejszych, w moim odczuciu było łagodne, natomiast dla mojej Mamy wręcz przeciwne - dosłownie wypalało jej kubki smakowe, hahah. A to w Stanach również wydawało mi się bardzo delikatne. Ten kurczak jednak wygrał wszystko...



Sobota, 25 lipca
 
Ponownie smaki meksykańskie. Tym razem wybór padł na tortillę. Poprzednia wersja tej kuchni bardziej mi odpowiadała, może dlatego iż wtedy byliśmy w restauracji, a tutaj w takim, nazwijmy to, barze.
 


Piątek, 31 lipca
 
Bankiet kończący Business Week. Skomentuję to krótko: mniaaaam! Po tygodniu usilnego starania się unikać niezdrowej żywności lub ograniczania jej do minimum (frytki na śniadanie naprawdę nie były szczytem moich marzeń...), taka uczta przeobraziła się w raj dla mego podniebienia! :)

 
Sobota, 1 sierpnia
 
Jak przystało na pobyt w Stanach Zjednoczonych, przedostatniego dnia musiałam skusić się na jakiegoś fast fooda :D A mówiąc całkiem poważnie, jak wiecie z wcześniejszych postów - ten dość intensywny, tak więc zrobiliśmy sobie jedynie krótką przerwę na przekąskę pod Mount Rainier.
 
 
ph. Anna Jakubek (me)

Wednesday, 30 September 2015

Polishgirl in the USA #6: 25 Facts That Surprised Me In The USA.

Lotnisko w Seattle
 
1. Po przylocie, tuż przed uzyskaniem zgody na pobyt w Stanach Zjednoczonych, przeżyłam szok. W kolejce dla przyjezdnych, nie będących obywatelami tego kraju, stali sami Japończycy i Niemcy. Dosłownie... Fakt, chwilę wcześniej przyleciał samolot z Azji, ale to było poniekąd przerażające... A gdy już widziałam "białego" człowieka, to zaraz słyszałam język niemiecki!
 
2. Łatwość wejścia na teren USA. Jeszcze w Polsce tyle się naczytałam i nasłuchałam o tym, jak ścisłe  i dokładne są tam kontrole, jak bardzo trzeba uważać, co się wwozi... A tymczasem? Procedura przy okienku trwała w moim przypadku jakieś pół minuty/minutę. Nawet nie przeszukiwali mi bagażu, a przynajmniej nie przy mnie. No ale cóż, może po prostu udało mi się nie wzbudzić większych podejrzeń :D
 
Drogi w stanie Waszyngton
 
3. Powszechnie wiadomo, że drogi w Stanach są większe, szersze, mają o wiele więcej pasów. Co mnie jednak zaskoczyło to to, że na wielu autostradach (a przynajmniej w stanie, w którym byłam) znajduję się dodatkowy pas po lewej stronie, przeznaczony tylko i wyłącznie dla samochodów z co najmniej dwoma osobami w środku. Może brzmi to dość śmiesznie, lecz w sytuacji, gdy 90% ruchu ulicznego stanowią ludzie zmierzający sami do pracy, pas, na którym można jechać szybciej, jest bardzo przydatny. Do tego tam, gdzie wjazd na autostradę regulowany jest przez światła, użytkownicy wspomnianego pasa mają prawo je pominąć! W nielicznych miejscach znajduję się również pas dla 3 osób w samochodzie. Co ciekawe, zdarzają się i tacy cwianiacy, którzy kładą kukły na siedzeniach, jednak policja w jakiś tajemniczy sposób ich wyłapuje.
 
4. Opłaty za drogi. Nigdzie nie traficie na bramki, tak bardzo denerwujące kierowców w Polsce. Jeśli już jakaś trasa bądź jej fragment są płatne, czujniki na słupach nad ulicą skanują tablicę rejestracyjną, rachunek zaś przesyłają kierowcy mailem.
 
5. Drogi płatne tylko do zwrócenia się kosztów budowy. A przynajmniej w teorii.

6. Wielkość znaków drogowych. One są ogromne... Naprawdę! I do tego, co mnie niesamowicie zdziwiło, bardzo często opisowe. W Polsce znajdziecie kółko ze strzałką, symbolizujące nakaz skrętu w prawo, lecz nie w Stanach! Tam ujrzycie znak z napisem: "Right lane must turn right"... Trochę dziwne, ponieważ przeczytanie zajmuje niewątpliwie więcej czasu nic zerknięcie na symbol graficzny, ma to jednak swój urok. Do tego sprytnym rozwiązaniem jest umieszczanie świateł po przeciwnej stronie skrzyżowania (a nie bezpośrednio nad pasem), co ułatwia poruszanie się po ulicach w słoneczny dzień).

7. Wygląd dróg. Kolory linii oddzielających pasy - żółte. U nas symbolizują one tymczasowe zmiany w ruchu drogowym spowodowane remontami oraz wszelkimi robotami drogowymi. Tutaj jednak ta barwa jest na porządku dziennym. Co więcej, asfalt tu nie jest czarny, a jasnoszary. Być może to drobnostka, ale zwróciła ona moja uwagę. ;)

8. Przejścia dla pieszych. Pasy nie wyglądają jak u nas, lecz następująco - dwa dość cienkie białe pasy - przerwa, dwa dość cienkie pasy - przerwa - i tak w kółko. Ponadto przez cały wyjazd nie mogłam przyzwyczaić się do BIAŁEGO (!) światła, sygnalizującego możliwość przejścia przez jezdnię, hahah. Ale spodobało mi się to, że od 15 lub 10 sekund, już dokładnie nie pamiętam, pojawia się sekundnik odliczający czas do zmiany światła na czerwone.

9. Jednokierunkowość. Miałam wrażenie, iż niemalże wszystkie ulice w Seattle są jednokierunkowe... Podobnie na autostradach, tam z kolei pasy o ruchu zmierzającym w przeciwnych kierunkach oddzielone były często małym fragmentem lasu bądź też skupiskiem krzaków.
 
10. "Porządek w chaosie". Dosłownie. Choć ulice są strasznie zatłoczone, to jednak wszystko wydaje się uporządkowane; korek nie stoi, lecz jedzie z dość sporą prędkością (podobno w L.A. dochodzi do 120 km/h, samochód tuż obok samochodu; niestety lub "stety" nie doświadczyłam tego w Seattle :P).

11. Jeśli zaś chodzi o drogi w miastach - bardzo częstym, miłym zjawiskiem jest przepuszczanie pieszych. :)
 
 
Budynki
 
12. Już pierwszego dnia, tuż po przyjeździe do Kirkland, bardzo zdziwiła mnie jedna rzecz: kontrast pomiędzy wielkością ulic - i w ogóle ogromem wszystkiego - a niewielkim rozmiarem domów. A raczej domków. Większość z nich była chyba parterowa, a jeśli nawet występowały jakieś jednopiętrowe, to i tak wyglądały na parterowe. Moim zdaniem wyglądało to przekomicznie.
 
13. "Drapacze chmur". Celowo ujęte w cudzysłów. Dlaczego? Otóż po przyjeździe do Seattle przeżyłam prawdopodobnie jedyne rozczarowanie W Stanach. Ponieważ... te wieżowce są po prostu małe! No dobra, może krasnoludkami nie są, jednak wyobrażenie narzucone przez zdjęcia z Internetu oraz amerykańskie filmy sugerowałoby raczej, że będę paradować tamtejszymi ulicami z zadartą pod niewyobrażalnym kątem głową oraz opadniętą do samej ziemi szczęką (tak, takiej właśnie reakcji spodziewałam się oczami wyobraźni :P). Tak się jednak nie stało. Tak więc kolejny dowód, jeden z wielu po m.in. amfiteatrze w Opolu na czele, iż telewizja kłamie! I wyolbrzymia wszystko. Choć muszę przyznać, że mój sposób postrzegania tych drapaczy chmur zmienił się z chwilą, gdy ponownie osiągnęłam poziom 0 po zjechaniu windą z 76. piętra Columbia Center - najwyższego budynku w mieście.

14. Zwartość wysokiej zabudowy. I kolejne przekłamanie telewizyjno-fotograficzne. W mojej wyobraźni - ogromna panorama drapaczy chmur ciągnących się aż po horyzont, a tymczasem - w rzeczywistości skupisko zaledwie kilkunastu ogromnych wieżowców bardziej wyróżniających się na tle innych budowli. Najzabawniej wyglądało to z daleka, zmierzając w kierunku centrum miasta z lotniska Seattle-Tacoma. Jedna z moich pierwszych myśli o ujrzeniu tego widoku: "i to tyle?".
 
Restauracje
 
15. Darmowa woda. W każdej restauracji, knajpce, gdziekolwiek - bez względu na standard i rangę lokalu - wraz z podaniem menu kelnerzy serwują klientom darmową wodę, a w trakcie posiłku systematycznie podchodzą i dolewają, gdy dana osoba już wypije to, co miała w szklance.
 
16. Zabieranie resztek w pudełkach do domu. Tam raczej nikt nie zostawia jedzenia na talerzu. Wystarczy poprosić kelnera o pudełko lub o zapakowanie go, a niektórzy sami to proponują. Wtedy na spokojnie możesz później zjeść w domu przepyszny posiłek, nie martwiąc się w restauracji, że musisz się opychać albo przeciwnie - marnować jedzenie.
 
17. Zainteresowanie kelnerów Twoją osobą. Podchodzenie, zagadywanie, pytanie jak i czy danie smakuje, prawienie komplementów. To wszystko jest na porządku dziennym, co kształtuje bardzo sympatyczny i ciepły klimat, a do takich miejsc aż chciałoby się wrócić. Było to widoczne zwłaszcza w meksykańskiej restauracji, gdzie pracowała imigracyjna ludność.
 
Toalety
 
18. Coś, czego tak bardzo brakuje nam wszystkim w Polsce - darmowe publiczne toalety! :D W sytuacji, gdy w wakacje zwiedzam z rodzicami nowe miejsca dosłownie od rana do wieczora, polowanie na darmowe toalety czy też wydawanie na każdym kroku 2 zł za osobę, pomimo że jest to symboliczna kwota, bywa delikatnie mówiąc frustrujące.
 
19. Wygląd publicznych toalet. Bardzo zszokowało mnie to, że w publicznych toaletach muszle nie posiadają klap... I te dziwne, amerykańskie spłuczki, do których musiałam się przyzwyczaić. A drzwi były śmiesznie krótkie, bo od kolan do szyi... Najgorsza jednak był strasznie mała ilość miejsca i ciasna przestrzeń. Drzwi otwierane do wewnątrz, tuż obok nich ogromne pojemniki na papier, więc nawet ja, chudzina obładowana przewiązana w pasie bluzą, torebką i aparatem, miewałam problemy ze swobodnym wejściem.
 
Ludzie
 
20. To chyba moje największe zaskoczenie. Wspominałam Wam kiedyś o moim uprzedzeniu do Amerykanów - w moim ówczesnym wyobrażeniu "perfekcyjnych" w każdym calu, świadomych swojej (urojonej bądź też nie) wyższości nad innymi nacjami, z premedytacją ją wykorzystujących. Tymczasem jednak w rzeczywistości okazali się być ludźmi otwartymi oraz uśmiechniętymi jak mieszkańcy krajów śródziemnomorskich, albo i nawet bardziej! Może nie dotyczyło to ogółu społeczeństwa, na pewno jednak sporej jego części.
 
21. Swoboda bycia. Po prostu. Tam naprawdę nikt nie patrzy na nikogo krzywo, kątem oka, ludzie się uśmiechają lub są po prostu obojętni. Tak jak Wam już kiedyś pisałam, ja wciąż chodziłam tam wiecznie uśmiechnięta, a przyzwyczajona do wszechobecnego optymizmu, doświadczyłam mocnego zderzenia z naszą szarą, narzekającą rzeczywistością. i dawna natura do mnie wróciła. Powoli jednak ją skutecznie zwalczam. :)
 
22.Wyjaśnienie mojego błędnego stereotypu - amerykańska mentalność. Gdy coś się komuś nie uda, nie powiedzie - nie poddaje się! Nie poddaje, a próbuje czegoś innego, podążą w innym kierunku, poszukuje tego, w czym czułby się dobrze i w czym odniósłby sukces. Aż to odnajdzie! Bardzo dobra cecha.
 
Żywność
 
23. Ostatni punkt, nawiązujący do następnego, ostatniego już wpisu ze Stanów - żywność. A dokładniej - chemia. W s z e c h o b e c n a !! Nawet w moim ukochanym serku wiejskim... Wyobrażacie to sobie?
 
24. A propos serka wiejskiego. My mamy serek wiejski o dwóch różnych zawartościach tłuszczu, twaróg (półtłusty, tłusty, chudy...), serek grani, serek homogenizowany. Z tego co wiem, Amerykanie nie mają twarogu jako takiego, jedynie właśnie serek wiejski. Gdy spytałam Pana, u którego mieszkałam, o twaróg, powiedział, że jest trochę inny niż w Polsce, i że zobaczymy, czy mi będzie smakował. Jak się okazało - był to właśnie ów serek wiejski - moje uzależnienie!
 
25. To co mnie zaskoczyło, to zdrowa żywność. Tyle się mówi o fast foodach w Stanach. Ja, z filmików na youtubie, wiedziałam o popularności sklepów ze zdrową, organiczną, czy też ekologiczną żywnością, która jednak jest tam bardzo droga. Jak się okazało, zdrowa żywność jest dobrze dostępna, co mnie baaardzo cieszyło zarówno w restauracjach, jak i u Państwa w domu. Ku mojej radości nie zabrali mnie ani razu do żadnego fast food'a, ponieważ chcieli pokazać mi kuchnie z całego świata. Efekty moich "kulinarnych wojaży" już w sobotę, zapraszam! :)
 
Stay tuned. ;)
 
 
 
 

Sunday, 27 September 2015

Polishgirl in the USA #5: Washington Business Week 2015.

26-31 lipca, Ellensburg. Washington Business Week 2015.
Company I - Iconic Innovations
 
Pobudka? 6 lub 6:30, zależy jak kto wolał. O 7:00 śniadanie, a o 8.00... już pierwsze zajęcia! I tak z paroma 15-minutowymi przerwami pomiędzy wykładami oraz zajęciami mojej "firmy" przeznaczonymi na przejście z jednego budynku do drugiego, musieliśmy przetrwać do 12 - wtedy był lunch. O 13:15 kolejne zajęcia, aż do jedynej dłuższej przerwy o 16... O 17:30 obiadokolacja, a od 19 do 21 kolejne zajęcia! Zaznaczę tylko, że w ostatnich dniach nawet praktycznie nieistniejący czas wolny przeznaczaliśmy na doprowadzanie projektów do końca. Ale było warto! Choć był to jeden z dwóch najbardziej intensywnych tygodni w moim życiu, to wspominam go bardzo dobrze, ponieważ wiele mnie nauczył. Moim największym osobistym osiągnięciem było odpuszczenie trochę i niekontrolowanie pracy poszczególnych członków grupy, a w zamian zaufanie im. I opłaciło się, spędziłam tam cudowny czas :)
 

Grupowe zdjęcie z jednym z wykładowców (trzeci od lewej) - i w naszej opinii najlepszym z tych, których mieliśmy okazję wysłuchać oraz poznać. :) Naprawdę, przemawiał w sposób niesamowity...
 


'Hunk of Junk'. Dzień wcześniej każda z grup wylosowała pewną ilość bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów, śmieci itp... Następnie mieliśmy stworzyć "COŚ", wykorzystując wszystkie otrzymane elementy. Pozostali stworzyli przeróżne roboty. My wykazaliśmy się kreatywnością - postanowiliśmy przeprowadzić innowacyjny, futurystyczny pokaz mody. I dzięki tej pomysłowości wygraliśmy! :D


Business Week Olympics, czyli olimpiada. Praca zespołowa, każde zadanie na czas. Nie o sport tu jednak chodziło, a o konkurencje typu:
 
1. ułożenie jak największej liczby słów z wyrazu "enterpreneurship"
2. dopasowanie nazw państw europejskich do ich flag (tu zdobyliśmy punkty dzięki mnie, oni znali chyba tylko Francję i Norwegię :P)
3. jak najwyższa wieża zbudowana z różnych elementów
4. zawiązanie jak największej ilości krawatów w określonym czasie
5. wymienienie jednostek administracyjnych stanu Washington (coś w stylu naszych powiatów) oraz oznaczenie ich na mapie
6. wymienienie jak największej liczby prezydentów USA
7. rzut frisbee pomiędzy dwie linie
8. podbijanie piłki od siatkówki tak, by nie spadła na ziemię (tu pobiliśmy rekord poprzedniej drużyny z 31 na 51!)
9. akurat te ostatniej nie mogę sobie przypomnieć ;/
 
W Olimpiadzie tej moja drużyna zajęła 3. miejsce! :)
 
 
Company I - Iconic Innovations w pełnym składzie :)


W przerwie między indywidualną prezentacją przebiegu zmian w naszej firmie, podczas której uzasadnialiśmy również podjęte przez nas decyzje, a tzw. "Trade Show", czyli ogólną prezentacją wszystkich grup przed inwestorami.
W zielonej sukience - Becky - najlepsza 'opiekunka' grupy na całym Business Weeku, bo nasza! :D Od góry: Leo (Francuz, od 2. roku życia mieszkający w Stanach, a jeszcze w międzyczasie przez pół roku w Chinach...), Jocelyn, Kaya, Nick, Nikita, Destin, Sovann (Amerykanie), obok mnie moja kochana Elizabeth, a właściwie Lizavieta (z Białorusi). :) To z nią najlepiej się dogadywałam, w końcu... Slavic power keeps together!! :D
 

I ostatnie wspólne zdjęcie, po bankiecie kończącym i podsumowującym cały Business Week... Po początkowych niepowodzeniach ostatecznie świętowaliśmy sukces, jednak ważniejsze było dla nas to, że stworzyliśmy naprawdę zgraną ekipę, chyba najbardziej ze wszystkich, co mnie dość mocno zdziwiło. A najlepsze jest to, iż z paroma osobami (moją współlokatorką - Amerykanką, koleżanką z grupy - Białorusinką, oraz dwoma kolegami - Amerykanami) wciąż utrzymuję kontakt!



A oto parę zdjęć internatu oraz campusu:
 

ph. Anna Jakubek (me)

Wednesday, 23 September 2015

Polishgirl in the USA #4: Day 7 +Days 14-15.

Dzień 7.
 
- Kolejna, tym razem krótsza, wizyta w Seattle. Na początku spontaniczne zwiedzenie EMP Museum (Experimental Music Project). Chyba najdziwniejszy budynek w tym mieście.
W środku najbardziej spodobała mi się kolumna cała zakryta gitarami. Poniżej gitara własnoręcznie - delikatnie mówiąc - zniszczona przez Kurta Cobaina z Nirvany podczas jednego z koncertów. Na kolejnym zdjęciu oryginalny strój Jimi'ego Hendrixa! -
 
 
- Ogromna fontanna w Downtown Seattle :) -
 


- Dalszy spacer w okolicach Space Needle. Niestety tego dnia nie udało nam się wjechać na ostatnie piętro tego budynku, ponieważ o 16 umówieni byliśmy ze znajomymi rodziny, u której nocowałam, a pierwsze dostępne wejście miało mieć miejsce o 15.30 bodajże. Zaznaczę tylko, że dowiedzieliśmy się o tym już ok. godziny 12-13. - 

 
- Chihuly Garden and Glass. Tutaj też zabrakło nam czasu na zwiedzenie, poza tym bilety wstępu do amerykańskich muzeów są moim zdaniem kosmicznie drogie, a przynajmniej w porównaniu z naszymi polskimi obiektami. odwiedziliśmy jednak sklep - a produkty w nim wyeksponowane robił ogromne wrażenie. Cena "kawałka kolorowego szkła" , jak ktoś mógłby rzec, na drugim zdjęciu? Takie tam... 12 tys.$ ;) -
 

- Pacific Science Center - Pacyficzne Centrum Nauki. Niestety, w to miejsce również nie zajrzeliśmy. Czas nie ma jednak litości :P -

 
 
Dzień 14.
 
- Drugi tak bardzo intensywny dzień, zaraz po wycieczce do Hurricane Ridge i La Push nad Oceanem Spokojnym. Po powrocie z Ellensburga, gdzie odbywał się Business Week, do Seattle, ok. godz. 12, praktycznie od razu ruszyłam z Panem Zbyszkiem w kierunku Mount Rainier, na zobaczeniu którego na żywo niezmiernie mi zależało. A oto i on! :) -
 

- Warunki kompletnie inne niż w naszej ojczyźnie. W Stanach na wysokość +/- 5000m n.p.m. wjechaliśmy samochodem! Jak kilkuset innych ludzi dokładnie w tym samym czasie... Znalezienie wolnego miejsca parkingowego graniczyło wręcz z cudem.
Szczerze mówiąc, zdecydowanie bardziej lubię powspinać się po górach, jak to jest np. w moich ukochanych Tatrach czy też Bieszczadach, jednak tutaj miało to swoje plusy, a mianowicie umożliwiło zwiedzenie nieporównywalnie większej liczby miejsc. -


- Na Mount Rainier znajduje się parę szlaków, którymi można podejść odrobinę wyżej w kierunku szczytu. My zmuszeni byliśmy odmówić sobie tę niewątpliwą atrakcję, ponieważ równie mocno zależało mi na dojechaniu do wulkanu św. Heleny. Cóż... może nie wybraliśmy  możliwie najlepszego punktu widokowego, bo jedyne co ujrzeliśmy, to skrawek góry widoczny na drugim zdjęciu poniżej, jednak ja, jak to ja, oczywiście tradycyjnie byłam zachwycona. :) -


- Droga powrotna do Seattle. i Specjalnie dla Was parę zdjęć amerykańskich dróg o zachodzie Słońca oraz przy stopniowo zapadającym zmroku. Może nic specjalnego, lecz ja uwielbiam te zdjęcia, w dużej mierze przez ich ogromną wartość sentymentalną. Niestety, pewnego kadru nie zdążyłam uwiecznić, jednakże jestem pewna, iż ten obraz już na zawsze pozostanie w mojej pamięci... - 



Dzień 15.
 
- Dzień 15. Ehh, dzień ostatni, dzień wylotu. Krótki poranny spacerek z panią Wendy tuż przed śniadaniem, dosłownie na godzinę przed opuszczeniem Kirkland... -


- Wspominałam, że nie udało mi się tydzień wcześniej wjechać na Space Needle? Niespodzianka! :D Cudowny Pan Zbyszek na moją prośbę dokonał rezerwacji i na cztery godziny przed odlotem ujrzałam tę oto przepiękną panoramę ze szczytu! Czarny, najwyższy budynek w oddali - Columbia Center, gdzie miałam możliwość wjechać na 76. piętro. I to tam jeszcze bardziej zaparło mi dech. -
 

 
- Piętro poniżej punktu widokowego zajmuje restauracja. Jest to lokal o genialnym rozwiązaniu - poziom ten jest obrotowy, w efekcie czego masz możliwość konsumowania przepysznego obiadu, równocześnie bardzo powoli podziwiać panoramę całych 360 stopni Seattle! Ja nie skorzystałam z tej okazji, bo... no na mnie jedną samolot by raczej nie poczekał :D -
 

- I na koniec ostatnia atrakcja mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Zupełny "spontan", na tzw. wariackich papierach, bo na niecałą godzinę przed odprawą na lotnisku. Przejazd kolejną monorail do centrum Seattle, w okolice wieżowców, drapaczy chmur, najbardziej reprezentacyjną dzielnicę. Praktycznie natychmiastowy powrót w miejsce startu kilkuminutowej podróży, a następnie... w drogę na lotnisko! Żegnajcie, Stany... - 

 
ph. Anna Jakubek (me)
 
P.S.: Wybaczcie ten mały brak chronologii, lecz w dniach 8-13 mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych brałam udział w Business Weeku, któremu mam zamiar poświęcić następny post :) więc uwaga: to jeszcze nie koniec!!

Follow on Bloglovin
Follow on Bloglovin

Lookbook.nu

Total Pageviews

Labels